Grudzień 10th, 2018 przez ola47

Odwiedziłam ostatnio muzeum POLIN. Chciałam wyrobić sobie zdanie na temat tej instytucji, ponieważ dochodziły do mnie sprzeczne opinie.

Przy wejściu do muzeum trzeba się liczyć z dość szczegółową kontrolą. Są bramki – tj. w sądzie czy na lotnisku – więc torebki czy plecaki kładziemy na taśmie a pracownicy oglądają ich zawartość. My zaś przechodzimy przez bramę i dodatkowo jesteśmy sprawdzeni przez ochroniarza wykrywaczem metali. Ponieważ noszę szelki, musiałam rozpiąć kurtkę, podnieść ubranie i pokazać fragment brzucha przy tłumie ludzi, żeby ochroniarz mnie przepuścił. To pierwsze muzeum, w którym tak mnie sprawdzano. I nie tylko mnie – wszystkich.

Od początku duże wrażenie robi rozmach, precyzja wykonania, bogactwo kolorów, dźwięków.

Zadziwiła mnie natomiast skąpa ilość eksponatów. Tak napawdę nie wiem czy naliczyłabym ich 20 (nie licząc gazet i książek). Chodzi mi o typowe eksponaty muzealne tj. ubrania, sprzęty domowego użytku, przedmioty służące do kultu, instrumenty. Poza gazetami i książkami naprawdę wyjątkowo mało tego. Czy naprawdę nie udało się pozyskać więcej przedmiotów, które można by pokazać zwiedzającym dla zilustrowania tak długiej historii Żydów na terenach Polski?

Druga rzecz, która mnie zaskoczyła to brak określenia dat i miejsc, których dotyczą poszczególne sale. Chodząc po muzeum miałam wrażenie zagubienia we mgle… Ogromna ilość cytatów na ścianach – nie zawsze podpisanych, a najczęściej cytatów ludzi, których nie znam (sądzę, że nie tylko ja ich nie znam) powoduje umęczenie i chaos w głowie.

Brakowało mi też klarownych podpisów przy eksponatach, np. w pewnej sali jest instrument – domyśliłam się, że to cymbały – aż się prosi, żeby nawiązać do Jankiela z „Pana Tadeusza” Mickiewicza. A tam – karteczka na której próżno szukać nazwy czy daty – jest za to tekst, z którego wynika, że na instrumentach przygrywano młodej parze.. Takie ogólnikowe stwierdzenie jest mało odkrywcze, bo raczej w dużej ilości kultur przygrywało się młodej parze na instrumentach. I, niestety, często w tym muzeum zamiast konkretów, możemy poczytać tego typu bla, bla, bla…

W innej sali jest makieta przedstawiająca Kazimierz Dolny – gdybym nie wiedziała, że jest takie miasteczko w Polsce i zamieszkiwane było kiedyś przez Żydów, to bym się nie domyśliła. Makieta ta przedstawia jakieś białe domki – szkoda, że nie odtworzono autentycznie wyglądającego  miasteczka, z takimi elementami jak studnia na rynku, wzgórze z krzyżami, ruiny… A może isę dokładnie nie przyjrzałam?

Natomiast jest bardzo ładnie wykonana makieta synagogi. Ma podświetlone niektóre okna. Cała czysto biała ale ze szczegółami. Chyba dokładnie odwzorowana. I tu akurat jest opis.

Ciekawy efekt uzyskano poprzez wyświetlenie na dużym pionowym ekranie zdjęcia słynnych drzwi w katedrze gnieźnieńskiej. Są one wielkości normalnych drzwi – czyli sporo mniejsze niż te w katedrze – ale podświetlenie i dobra jakość zdjęcia powodują efekt realizmu. Aż chciałoby się złapać za klamkę!

Na podświetlonych mapach Polski z różnego okresu można zobaczyć np. miejsca osiedlania się Żydów. Taki sposób prezentacji map z pewności dodaje im uroku i zaciekawia.

Są miejsca, które –  z powodu braku podpisu – mogą wprowadzać w błąd oglądającego. Np. gdzieś na ścianie wisi sporej wielkości portret Jana Sobieskiego. Ale obok obrazu jest kartka ze słowem Żółkiew – nazwą miasta. Po wczytaniu, okazuje się, że Żółkiew to miasto Żółkiewskiego. Można, więc pomyśleć, że na portrecie jest ktoś o nazwisku Żółkiewski. Dopiero jeszcze niżej w tekście jest wzmianka, że Sobieski był wnukiem hetmana Żółkiewskiego. Ale ktoś nieznający dobrze historii Polski, np. obcokrajowiec, nie mając możliwości znalezienia wyraźnego podpisu portretu, może mniemać, że to Żółkiewski. Bo nigdzie nie ma wyraźnej informacji kto jest na portrecie.

Podobnie niejasno zostało przedstawione Powstanie Warszawskie. A właściwie, miałam wrażenie, że  ono wcale nie zostało przedstawione. Po po przejściu sal dotyczących Powstania w Getcie Żydowskim w Warszawie, przechodzi się do sali, która – tak się domyśliłam, bo to nie jest nigdzie napisane – ma dotyczyć Powstania Warszawskiego. Tam znajduje się zdjęcie zrujnowanej Warszawy i podpis, że w roku 1944 po powstaniu Niemcy wygnali wszystkich mieszkańców. Jest użyte słowo powstanie zamiast pełnej nazwy Powstanie Warszawskie, co może sugerować, że chodzi o Powstanie w Getcie. Szukałam w tej sali sformułowania Powstanie Warszawskie i nie znalazłam…

Kolejna rzecz, która mnie uderzyła to sposób wspomnienia o Polakach ratujących Żydów w czasie okupacji. Czarna sala, małe zdjęcia z opisami – dosłownie kilka. Podchodzę do któregoś z nich, a tam opis jak to dwóch ludzi najpierw przechowywało Żydów za duże pieniądze a potem wydało ich, wcześniej mordując żydowską dziewczynkę. Owszem jest też w innym miejscu informacja o małżeństwie ratującym Żydów w warszawskim zoo ale jest ona umieszczona w kolumnie zakrzywionej tyłem do pomieszczenia tak, że trzeba zajrzeć w narożnik, żeby to zobaczyć. Co więcej, jest tam sformułowanie, że ukrywali oni żydów w klatkach dla zwierząt. Ani słowa o willi, w której były tajne przejścia. A pisanie o klatkach nie brzmi dobrze – inaczej mówiąc Polacy trzymali żydów w klatkach, jakby to były zwierzęta a nie ludzie…? A przecież ukrywani byli oni w pomieszczeniach dla zwierząt… Natomiast nie znalazłam informacji o tym, jak wielu Polaków ratowało Żydów z narażeniem życia. Próżno szukać nazwisk, dat, statystyk na ten temat. Nie zauważyłam żadnego napisu o tym, że w Polsce jako jedynym kraju w czasie II wojny, obowiązywała kara śmierci za ratowanie Żydów.

Pisałam wyżej o braku dat, nazw i miejscowości w poszczególnych salach. Jest jeden wyjątek – umieszczone na poziomie oczu słowo Jedwabne wraz z datą. I tu krótkie trzy opisy, w których niestety zawarto kłamliwe oskarżenie Polaków o tą zbrodnię – podczas gdy stan obecnej wiedzy na ten temat jest zupełnie inny…

A poniżej jedna z niewielu – o ile nie jedyna – gablota zawierająca elementy tradycyjnego ubioru żydowskiego, który widziałam w muzeum – czepiec noszony od momentu zamążpójścia przez kobiety. Obok czepca wisi coś jeszcze, co niestety nie jest wprost podpisane – z tekstu można wysnuć wniosek, że nazywa się to binda. Nie wiem czy na pewno..

Posumowując – owszem – forma wykonania muzeum Polin jest imponująca, tzn. malowidła na ścianach, zaułki, ilość multimedialnych gadżetów, tylko, że ewidentnie brak w tym wszystkim konkretnej treści.

Przejście całej trasy zajęło mi 2 godziny ale gdybym chciała przeczytać wszystkie cytaty, musiałabym spędzić tam cały dzień. Cytaty owe zresztą wydają się być umieszczone ni z gruszki ni z pietruszki, bo często nie bardzo wiadomo o co chodzi. Brak konkretów – dat, nazwisk, eksponatów. Jeśli już pojawia się nazwisko to nie jest wyjaśnione kto to.

Cytaty, cytaty, cytaty. Obrazki na ścianach, obrazki, obrazki. Ekrany, ekrany ekrany… Wszystko ładne, kolorowe, dotykowe tylko gdzie ta historia…?

I stanowczo zabrakło mi w tym muzeum kultury żydowskiej. Tak przecież bogatej. Zadziwiające! Jest niby odtworzone wnętrze synagogi ale i przy tej rekonstrukcji również nie mogłam znaleźć opisu co to jest, z jakiego okresu…  Stoi na środku coś na kształt mównicy i tyle. Bardzo kolorowe, chyba z drewna. Ale brakuje opisu.. Miałam wrażenie zwiedzając Polin, że powinnam zanim odwiedzę to muzeum poznać wcześniej sama historię żydów w Polsce, bo tu jest tylko jakieś skomentowanie, dopowiedzenie, uszczegółowienie, wręcz publicystyka zamiast faktów…

Po powrocie do domu uzmysłowiłam sobie też, że nie zauważyłam specjalnie uwypuklonego elementu wiary żydowskiej… Owszem była ekspozycja dotycząca nauki czytania ksiąg. Ale nie znalazłam przedstawienia reguł, zasad, konkretów na temat wiary – zwyczajów i świąt. Jeśli były to w skąpej ilości.. Chciałoby się zakrzyknąć – a gdzie Bóg Izraela?!

Generalnie instytucja kulturalna o nazwie Polin to moim zdaniem bardzo atrakcyjna forma ze śladową ilością treści. Nie nazwałbym jej jednak słowem muzeum – raczej jest to rodzaj wystawy multimedialnej.

Przy wyjściu, niejako na podsumowanie, można zatrzymać się przy ekranach ze słuchawkami i posłuchać czy w Polsce jest antysemityzm. Dobór osób mówiących na ten temat wydaje mi się dość jednostronny.

To są tylko moje odczucia – odmienne od tego, czego się spodziewałam. Oczekiwałam zetknięcia z bogatą kulturą żydowską, z religią żydowską, z opowiedzeniem po kolei historii z wyraźnie pokazanymi datami, nazwami, nazwiskami i przede wszystkim chciałam zobaczyć eksponaty muzealne…!  Szkoda..

A jednak zapraszam Was do odwiedzenia tego muzeum. Warto zobaczyc rozmach i piękno wykonania malowideł ściennych. Jest tam sporo miejsc, gdzie można usiąść i odpocząć. No i pobyć w nieco odmiennym od ponurej rzeczywistości jesiennej kolorowym świecie, stworzonym dość głeboko pod ziemią. Bo cała wystawa stała mieści się dużo poniżej poziomu gruntu. We czwartki wstęp wolny!

Aleksandra Przybysz

(zdjęcia własne)

Kategoria: Miejsca Tagi: ,